Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ezebra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ezebra. Pokaż wszystkie posty

CZEKOLADKI, REWOLWER I ODKUPIENIE
Porównanie palet od Revolution Makeup

43 komentarze:
No dobrze, doskonale wiecie, że jestem maniaczką palet cieni. Nie mam ich ogromnej ilości, ale zdecydowanie więcej niż bym potrzebowała. To jednak nie powstrzymuje mnie przed nowymi zakupami. Ale jak wiadomo, ten typ kosmetyków potrafi być niezwykle drogi, dlatego bardzo upodobałam sobie markę Revolution Makeup, bo oferuje alternatywy, które nie rozbijają banku. Ponadto, cieszy się dobrą opinią i przylgnęła do niej etykietka "tania i dobra", co jak najbardziej mi odpowiada i cieszy. I tutaj znów, mój zbiór ich wypustów nie jest imponujący, ale pomyślałam, że takie porównanie wszystkich przeze mnie posiadanych może się komuś przydać.


O marce słów kilka
Perfekcyjny makijaż to ładnie położony podkład, profesjonalnie pomalowane oczy i dobrze dobrany kolor pomadki. Stworzenie zachwycającego wizażu bywa jednak niekiedy sporym wyzwaniem. By móc jak najlepiej mu sprostać, warto wybierać sprawdzone produkty. Doskonałe propozycje oferuje znana, rewolucyjna marka Makeup Revolution. Sklep internetowy, taki, jak nasza drogeria, to idealne miejsce na to, aby zakupić wszelkiego rodzaju cienie do powiek, podkłady i szminki, które okażą się wspaniałą pomocą podczas tworzenia makijaży na różne okazje.
Podkreślaj swą urodę zawsze i wszędzie, by zachwycać wszystkich naokoło. Kosmetyki Makeup Revolution przydadzą Ci się podczas tworzenia makijażu na co dzień, od święta czy do pracy. Wybierz wśród nich kolory, które najlepiej pasują do Twojej osobowości, by każdego dnia czuć się pięknie i wyjątkowo. 

I love Chocolate, palety cieni - Czekoladki
Palety z serii I Love Chocolate to niezwykłej jakości mocno napigmentowane i niesamowicie trwałe cienie zamknięte w oryginalnym opakowaniu nawiązującym do tabliczki czekolady
Gramatura: 21,96 g
Liczba cieni: 16 lub 18
Cena: 39,90 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia


Opakowanie i różnice
Zacznę od tego, co mogę wrzucić do jednego worka. Uważam, że seria czekoladowa jest najbardziej popularną i tą, do której sama mam największą słabość, głównie ze względu na oprawę graficzną. Kasetki wykonane są z dosyć grubego i solidnego plastiku, otwierają się bez problemów i zamykają na zatrzask. Każda paleta opatrzona jest ogromnym lusterkiem wielkości samej palety. To co łączy wszystkie czekoladowe wypusty to też sam projekt, czyli piękna imitacja roztapiającego się tegoż właśnie deseru. Oczywiście, każda z nich ma inną kolorystykę, która nawiązuje do jej nazwy i zawartości. Każda z nich ma również plastikową przekładkę, jednak w tych starszych ma ona trochę inną rolę, bo to na niej podpisane są wszystkie cienie. Te nowsze, podpisane są bezpośrednio na kasetce. Z tego też względu, nie mają one miejsca na aplikator, tak jak to było w ich poprzednikach. I może jak już przy tym jesteśmy to omówmy pokrótce różnice. Mimo tego, iż gramatura w każdej jest taka sama to jej rozłożenie już nie. Czekoladki, które zostały wypuszczone przed Nudes zawierały 14 standardowych wkładów po 1,22 g i dwa większe po 2,44 g. W tych późniejszych wszystkie 18 mieści po 1,22 g. Jeśli chodzi o moje preferencje to zdecydowanie wolę te nowsze, znacznie bardziej podoba mi się, kiedy wnętrze jest symetryczne i ułożone, i mogę mieć pewność, że będę umiała nazwać każdy cień, nawet jeśli zgubię plastikową przekładkę.


Pigmentacja i blendowanie
Może zacznę od tego drugiego. Z cieniami pracuje się bardzo przyjemnie. Nie ma większych problemów z ich rozcieraniem, na co pewnie ma też wpływ pigmentacja (ale o tym za chwilę). Jednak to co ważne to to, że przy blendowaniu kolory nie zanikają i nie tworzą jednej wielkiej, szaro-burej plamy. Formuła sprawia, że nie powstają żadne smugi czy prześwity. Sporą zasługę ma tu pewnie fakt, że czekoladki są całkiem delikatne. Sprawdzą się również dla początkujących, bo trudno sobie nimi zrobić krzywdę, ale z drugiej strony z łatwością można zbudować ich krycie. Dla intensywnego makijażu warto zaaplikować kilka warstw. Osobiście wolę bardziej napigmentowane formuły, ale nie ma nic czego, nie da się przeskoczyć. Z serią Chocolate trzeba po prostu dłużej pracować, żeby uzyskać mocniejszy malunek.

Trwałość
Cienie najczęściej nosiłam na bazie EyeShadow Keeper z Inglot i Maybelline Color Tattoo. Nie jestem w stanie wypróbować tego typu kosmetyków na gołej powiece, bo moja jest opadające i mocno przetłuszczająca się, więc kolory znikłyby z niej po niecałej godzinie.  Na tak przygotowanej powiece trzymały się bardzo dobrze i wyglądały nienagannie do samego zmycia. Delikatnie zbierały się w zmarszczkach w wewnętrznych kącikach, ale u mnie nawet Modern Renaissance od Anastasii zachowuje się podobnie.


Orange Chocolate to niezwykłej jakości paleta 16 cieni do powiek w bardzo oryginalnym opakowaniu nawiązującym do tabliczki czekolady.Cienie są mocno napigmentowane i niezwykle trwałe a ich aplikacja jest bardzo przyjemna.Cienie są niezwykle gładkiej i aksamitnej konsystencji a ich aplikacja to sama przyjemność. Są trwałe, nie rolują się i nie osypują.Spakowane w przepiękną kasetkę w kształcie czekolady z dużym lusterkiem w środku i aplikatorem do nakładania cieni.
Gramatura: 21,96 g (14x 1,22 g, 2x 2,44 g)
Cena: 39,99 zł
Liczba cieni: 16
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Moja ocena: 4/5

Kolorystyka, zapach i skład
Jak sama nazwa palety wskazuje, jest to coś dla miłośników pomarańczu. I tego odcienia jest tu zdecydowana większość, a wszystkie brązy są zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ale znajdzie się tutaj też co-nieco dla fanów różu (wciąż tego rozgrzanego), burgundu, złota i odcieni szampańskich. To, co sprawia, że kompozycja jest bardzo uniwersalna to fakt, że znajdziemy tutaj różne wykończenia, od matów, które tutaj przeważają (10), poprzez satynę (4), aż po cienie metaliczne (2). A ich nazwy w większości nawiązują do pomarańczowych deserów (clementine, chocolate orange, segment, orange, peel etc.). A te wrażenia potęguje dodatkowo zapach, choć muszę przyznać, że ten przywodzi mi trochę na myśl środki BHP i więcej w nim cytryny niż tytułowy owoc. Niemniej, jest całkiem przyjemny i zdecydowanie bardziej podoba mi się niż ten w drugiej mojej czekoladce.
SKŁAD: Mica, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Talc, Magnesium Stearate, Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Palmitate, Polybutene, Kaolin, Silica, Polyethylene, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-1, Dimethicone, Methylparaben, Propylparaben, Parfum May Contain (+/-) CI 77891, CI 77491, CI77492, CI 77499, CI 77007, CI 15850, CI 15985.
Palety z serii I Love Chocolate to niezwykłej jakości mocno napigmentowane i niesamowicie trwałe cienie zamknięte w oryginalnym opakowaniu nawiązującym do tabliczki czekolady.W palecie znajdują się cienie o zróżnicowanym wykończeniu - matowe, satynowe i z drobinkami. Dzięki ich gładkiej i aksamitnej konsystencji, ich aplikacja to sama przyjemność. Różnorodność kolorów i odcieni sprawia, że paleta może być wykorzystywana zarówno do makijażu dziennego, jak i wieczorowego.
Gramatura: 21,96 g (18x 1,22 g)
Cena: 39,99 zł
Liczba cieni: 18
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Moja ocena: 4+/5

Kolorystyka, zapach i skład
Ta paleta sprawdzi się u osób, które preferują neutralne makijaże. Całość utrzymana jest w naturalnej, wciąż delikatnie ciepłej kolorystyce, choć znajdzie się tutaj kilka chłodniejszych akcentów. Znów mamy tutaj szeroki przekrój wykończeń i pod tym względem ta propozycja jest bogatsza niż Orange, bo w Nudes znajdziemy 11 matów, 3 cienie metaliczne, 2 satyny, jeden cień foliowy i jeden mat z drobinami. Bardziej różnorodne są też same odcienie - sporo cieplejszych i chłodniejszych, jaśniejszych i ciemniejszych brązów, róże i ciemne fiolety (a dokładniej jeden - oberżyna), a także złoto, miedzie i jasne, szampańskie kolory. Nazwy nawiązują do tytułu palety i są związane z nagością, naturalnością i cielesnością (stripped down, in the sheets, pillow talk, in the nude, after dark etc.) W tej kompozycji zapach przypomina praliny, ale niestety wyczuwam tutaj intensywną, syntetyczną, plastikową nutę. Ja za tą wonią nie przepadam, ale wielu osobom (nawet w moim otoczeniu) się podoba.
SKŁAD: Mica, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Talc, Magnesium Stearate, Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Palmitate, Polybutene, Silica, Polyethylene, Calcium Sodium Borosilicate, Dimethicone, Tin Oxide, Methylparaben, Propylparaben, [+,-: CI77891, CI77491, CI77492, CI77007, CI15850, CI16035].

Zestaw 15 profesjonalnych, mocno napigmentowanych cieni do powiek
Gramatura: 16,5 g (15x 1,1 g)
Liczba odcieni: 15
Cena: 19,80 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Moja ocena: 4/5
A skąd w ogóle pomysł na nazwanie tej palety mianem rewolweru? A no ze względu na to, że producent opatrzył ją tytułem Re-Loaded co w wolnym tłumaczeniu może oznaczać "przeładowany" (w odniesieniu do pistoletu).

Opakowanie i skład
Nasze cienie skryte są plastikowej kasetce z przezroczystym okienkiem, przez które możemy podziwiać wnętrze. Tworzywo jednak jest lżejsze i zdecydowanie gorszej jakości niż to w czekoladkach. Jednak jeśli chodzi o kwestie techniczne i praktyczne to nie mam im nic do zarzucenia (oprócz pękającego tworzywa). Kolejny aspekt, który różni je od wyżej opisywanej serii to brak nazw cieni oraz plastikowej przekładki. Myślę, że ma na to wpływ niska cena tych palet. Jedyne za co tutaj płacimy to zawartość. Oprawa jest taka sama, jak w pierwszych wypustach Makeup Revolution, czyli Redemption (o których będę też pisała niżej), dlatego podejrzewam, że kasetki nie są najtrwalsze.  Ja swoje paletki z początków marki mam już dosyć długo i widać to właśnie na opakowaniu. Góra Iconic pękła mi za połowę (jak się przyjrzycie to zobaczycie to na zdjęciach). Są one też bardzo podatne na porysowania, więc po tych kilku latach użytkowania nie są zbyt reprezentatywne. To, co odróżnia Re-Loaded od ww. to układ cieni. Są to prawie kwadratowe prostokąty skomponowane w trzech poziomach po 5 wkładów w jednym. 
SKŁAD: przeczytacie tutaj, był zbyt długi, żeby tutaj go wklejać.

Kolorystyka i pigmentacja
Velvet Rose jest inspirowana kultową już paletą od Anastasii Bevery Hills Soft Glam. Przyznam szczerze, że miałam chrapkę na oryginał, ale zniechęciła mnie cena i fakt, że sporo cieni powtarza się z Modern Renaissance, którą już mam. Jednak sama kompozycja długo za mną chodziła, więc korzystając z okazji postanowiłam wybrać ją ze sklepu eZebra. Sądząc po swatchach w internecie, jest ona bardzo dobrze odwzorowana, więc nie żałuję, że nie mogę sobie pozwolić na tę od ABH. Ta propozycja jest jeszcze bardziej neutralna i bezpieczna niż Nudes. Większość matów (9) to różnorodne odcienie brązu i jeden beż, cztery metaliczne to złoto, róż i brąz, prasowany złoty brokat i jeden, czarny, matowy cień z drobinkami. Wydaje mi się, że pigmentacja jest nieco lepsza niż w czekoladkach, natomiast przekłada się to również na inną pracę przy blendowaniu, o czym napiszę za chwilę. Na swatchach odcienie są znacznie bardziej intensywne i łatwiej zbudować je do pełnego krycia. 

Blendowanie i trwałość
Jak już napomknęłam, Re-Loaded ma troszkę większą pigmentację niż czekoladki, ale tym samym trochę trudniej się z nimi pracuje. Nie rozcierają się już tak szybko, jak te wcześniejsze. Trzeba troszkę dłużej się nad nimi pochylić. Jednak kiedy poświęcimy im już odpowiednią ilość czasu to odwdzięczą się stworzeniem idealnej mgiełki. Z pewnością wpływa na to mniej jedwabista formuła. Dlatego trzeba uważać, bo przy nieumiejętnej aplikacji możemy nabawić się plam. Także początkującym radzę nakładanie ich na przypudrowaną powiekę.
Cienie najczęściej nosiłam na bazie EyeShadow Keeper z Inglot i Maybelline Color Tattoo. Nie jestem w stanie wypróbować tego typu kosmetyków na gołej powiece, bo moja jest opadające i mocno przetłuszczająca się, więc kolory znikłyby z niej po niecałej godzinie.  Na tak przygotowanej powiece trzymały się bardzo dobrze i wyglądały nienagannie do samego zmycia. Delikatnie zbierały się w zmarszczkach w wewnętrznych kącikach, ale u mnie nawet Modern Renaissance od Anastasii zachowuje się podobnie. 


Redemption Palette, palety cieni - Odkupienie
Zestaw 12 cieni do powiek. W składzie palety znajdują się odcienie matowe, satynowe i perłowe w tonacji delikatnych, subtelnych brązów i beży.
Gramatura: 14 g
Liczba cieni: 12
Cena: 19,80 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Tutaj, wydaje mi się, że moje określenie tych palet jako "odkupienie" jest bardziej intuicyjne, ale dla osób, które nie uczą się angielskiego wyjaśnię. Słowo "redemption" znaczy ni mniej, ni więcej, jak właśnie "odkupienie".

Opakowanie i różnice
Zacznę od tego drugiego, bo tutaj nie ma zbyt wielu aspektów do opisywania. To, co różni palety z tej serii to nazwy i zawartość. Opakowania, projekt i szata graficzna jest jednakowa dla każdego produktu Redemption. A te są takie same jak przy Re-Loaded, także nie będę się powtarzała, odsyłam wyżej. Jedyna różnica to fakt, że te nowsze nie mają w sobie aplikatora, a zamiast tego dostajemy 3 dodatkowe cienie. Do serii Redemption natomiast dołączona jest dwustronna pacynka.


Pigmentacja i blendowanie
I te obie kwestie są podobne do serii Re-Loaded, z tą jednak różnicą, że Redemption mają tendencję do znikania przy rozcieraniu i zlewaniu się w jeden odcień. Z tymi trzeba pracować zdecydowanie najdłużej, dlatego używam ich tylko do lekkich, dziennych makijaży. Do zbudowania intensywnego, wieczorowego malunku nie miałabym cierpliwości. Mam wrażenie, że te pierwsze wypusty Makeup Revolution mają najsłabszą jakość, ale to wskazuje jedynie na to, jak prężnie marka się rozwija. Jednak mimo tego, mam do tych dwóch maleństw ogromny sentyment, bo są to moje pierwsze palety w ogóle. Dlatego nie jestem w stanie się z nimi rozstać i wciąż po nie sięgam, sporadycznie, bo sporadycznie, ale wciąż.

Zapach, trwałość i skład
Cienie najczęściej nosiłam na bazie EyeShadow Keeper z Inglot i Maybelline Color Tattoo. Nie jestem w stanie wypróbować tego typu kosmetyków na gołej powiece, bo moja jest opadające i mocno przetłuszczająca się, więc kolory znikłyby z niej po niecałej godzinie.  Na tak przygotowanej powiece trzymały się względnie dobrze. Z pewnością nie dorównują nowszym wypustom marki, ale do makijażu dziennego, który nosimy jakieś 5-6 godzin się nadadzą.
Co do zapachu to te nie są już perfumowane i ich woń jest standardowa dla cieni do powiek.
SKŁAD: Mica, Talc, Magnesium Stearate, Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Palmitate, Polybutene, Dimethicone, Methylparaben, Propylparaben [+/-: CI77891, CI77491, CI77492, CI77499, CI15850, CI16035, CI 42090, CI77742, CI77510, CI77007, CI19140, CI15985, CI45410].

Zestaw 12 cieni do powiek. W składzie palety znajdują się odcienie matowe, satynowe i perłowe w tonacji delikatnych, subtelnych brązów i beży. Delikatna konsystencja dobrze się rozprowadza i rozciera na skórze. Idealnie dobrana kolorystyka, pozwala na stworzenie pięknych makijaży na każdą okazję. Odpowiedni poziom nasycenia koloru sprawia, że każdy cień jest intensywny. Plastikowe opakowanie zostało wzbogacone o dwustronny aplikator.

Gramatura: 14 g
Liczba cieni: 12
Cena: 19,80 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Moja ocena: 3/5

Kolorystyka i wykończenie
Inspirowana Naked 3 od Too Faced. Swego czasu taka fioletowo-różowa kolorystyka była niezwykle modna, a ja od zawsze taką uwielbiałam. Pamiętam, że kiedy ją zobaczyłam, bardzo mnie zauroczyła. Teraz kiedy na nią patrzę nie czuję aż takiej miłości. Owszem, jest ładna, ale tych błyszczących brązów zupełnie nie używam i rzadko po nie sięgałam. Jeśli chodzi o przekrój wykończeń to mamy tutaj tylko trzy maty, 5 satyn, 3 odcienie metaliczne i jedną satynę z drobinkami. Możliwe, że poszła w odstawkę właśnie ze względu na małą ilość matów, które uwielbiam i wybieram najczęściej. Jednak nie można jej odmówić tego, że była to jedna z niewielu palet na rynku w tamtych czasach o tak bogatym zróżnicowaniu wykończeń na tej półce cenowej.


Cienie utrzymane w kolorystyce naturalnych brązów i beżów oraz granatu, o bardzo mocnej pigmentacji i intensywnych kolorach, to połączenie matowych odcieni. Są to cienie o bardzo mocnej pigmentacji i intensywnych kolorach. Każdy kolor może być używany samodzielnie, ale także są łatwe w łączeniu się ze sobą i blendowaniu. Do zestawu dołączona została wygodna pacynka do nakładania cieni.

Gramatura: 14 g
Liczba cieni: 12
Cena: 19,80 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Moja ocena: 3/5

Kolorystyka i wykończenie
Jak już poznałam swoje zamiłowanie do matów to zapragnęłam mieć paletę o wyłącznie takim wykończeniu. Także w tej kompozycji nie znajdziecie żadnego brokatu, satyny czy innego błysku. Jeśli natomiast chodzi o kolorystykę to jest to podstawa podstaw. Głównie beże, brązy, czerń, szarość i dwa odcienie fioletu. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że wszystkie cieliste odcienie na skórze wyglądają identycznie. Z tego też względu sięgałam po tylko jeden z nich. Najjaśniejszy brąz uwielbiałam do budowania załamanie powieki, dlatego, jak widzicie na zdjęciach ubytek w nim jest całkiem spory. A po czarny cień wciąż sięgam przy codziennym makijażu do podkreślenia linii rzęs.


Znacie markę Makeup Revolution? Co o niej sądzicie? Macie jakieś palety tej firmy? Które są Waszymi ulubionymi? Po jakie serie sięgacie najczęściej i najchętniej? Próbowaliście którychś z tych, o których piszę? Jak się Wam sprawdzają?

~ wredna
Czytaj więcej

EFEKT WOW DZIĘKI JEDNEMU CIENIOWI?
Pierwsze spotkanie z marką Neve Cosmetics

42 komentarze:
Już jakiś czas temu na blogu pojawił się haul ze sklepu internetowego eZebra, który zapowiadał recenzje przedstawionym w nim produktów. Jednym z nich był cień marki Neve Cosmetics. Jak już widzicie po tytule wpisu, jest to moje pierwsze spotkanie z tym producentem, a skusiłam się na ten konkretny kosmetyk, bo zakochałam się w swatchach, które znalazłam w internecie. Od dłuższego czasu szukałam jakiegoś metalicznego, duochromowego odcienia fioletu, coś między wrzosem, lilią, a błękitem. Dodatkowo nazwa - Wow, przecież to musi na coś wskazywać. Ale czy na pewno?


O marce słów kilka
Młoda, niezależna i kreatywna włoska firma kosmetyczna.Każdy płatek śniegu jest inny i wszystkie są równie piękne. Dokładnie jak ludzie.
Nazywamy siebie Neve Cosmetics, ponieważ dla nas piękno jest czymś naturalnym, czystym i magicznym.
Nasza firma powstała w 2009 roku w pięknej prowincji Turyn, (…) a dzięki najlepszym krajowym profesjonalistom i artystycznemu kierunkowi w miłości do kolorów tworzymy mineralne, naturalne i innowacyjne kosmetyki. U podstaw naszej filozofii produkcji leży chęć tworzenia skutecznych, kolorowych, szalonych i przyjemnych produktów bez wyrzeczenia się prawdziwych i czystych formuł lub naszej etyki cruelty free.

O sklepie słów kilka
Wielkie marki w najniższych cenach w kraju. Bogata oferta kosmetyków do makijażu i pielęgnacji takich marek jak: Loreal, Maybelline, Sally Hansen, Astor, Nailtek, Max Factor, Bourjois.
Sklep internetowy eZebra.pl poznałam kilka lat temu. Urzekł mnie bogatym asortymentem i kosmetykami w przystępnych cenach. Pamiętam, że byłam wniebowzięta, kiedy dowiedziałam się, że siedziba drogerii znajduje się w Lublinie i to jakieś 15 minut spacerkiem od miejsca, w którym wtedy mieszkałam. Jak możecie się domyślić, byłam wtedy częstym gościem na Wojciechowskiej (wtedy tam właśnie znajdował się punkt odbioru osobistego).


Cień mineralny prasowany, wkład do palety magnetycznej.Pigment w najczystszej postaci i formuła łącząca wzbogacone zostały witaminami dzięki czemu gwarantują maksymalną łatwość aplikacji, wytrzymałość i komfort.
Gramatura: 3 g
Liczba dostępnych odcieni: 94
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

Opakowanie i skład
Jest to typowy wkład do palety magnetycznej. Jeśli czytacie mojego bloga od jakiegoś czasu to wiecie, że jeśli decyduję się na pojedyncze cienie to wybieram tylko takie, te w kasetkach zupełnie mnie nie interesują. Przychodzi do nas w plastikowym, przezroczystym opakowaniu ochronnym, a także pięknym, fioletowym, kartonowym rękawie z logo firmy i wyciętym okienkiem, dzięki któremu możemy zobaczyć odcień naszego cudeńka. Całość bardzo dobrze zabezpiecza zawartość. Jeśli chodzi o oprawę to nie ma tutaj nad czym się rozwodzić. Sam wkład dobrze trzyma się palety, jednak to, co wyróżnia go na tle innych to fakt, że jest ogromny. Powiedziałabym, że prawie dwa razy większy niż standardowe rozmiary Kobo czy Glam Shop.
A z racji tego, że o opakowaniu nie ma co pisać to napomknę jeszcze o tym jak cień wygląda na pierwszy rzut oka. Jest to liliowo-wrzosowy odcień z delikatnym błękitnym poblaskiem, jednak nie zapowiada intensywnej, metalicznej tafli czy dużego kontrastu w odcieniach duochrome. Nie widzę też w nim większych drobinek, także dla tych, którzy nie lubią brokatu może się sprawdzić.
SKŁAD: Talc, Mica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Magnesium Stearate, Cetearyl Ethylhexanoate, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate. May Contain (+/-): Ci 77891 (Titanium Dioxide), Ci 15850 (Red 7 Lake), Ci 77007 (Ultramarines).

Konsystencja i zapach
Zacznę od tego drugiego, bo w tej kwestii nie ma się co rozpisywać, ponieważ zupełnie żadnej woni nie wyczuwam. Z pewnością ucieszą się z tego faktu wszyscy wrażliwy, ze mną na czele. I jak już przy tym jesteśmy to wspomnę, że kiedy nosiłam ten cień na oczach nie zauważyłam żadnego pieczenia czy łzawienia.
Jeśli zaś chodzi o konsystencję samego cienia to nie jest to bardzo pudrowy, ale spodziewałam się bardziej miękkiej i kremowej formuły. Przyzwyczaiłam się do takiej w paletach MUR i ABH. Ta w Neve bardziej przypomina mi błyszczące cienie z Zoevy (przynamniej te ze Smoky, bo tylko tę mam). To również przekłada się na to, że przy swatchowaniu, na palcu, wygląda znacznie bardziej pudrowo i sucho, niż się tego oczekiwałam. To raczej matowa lilia z delikatną, błękitną satyną.
Podczas przenoszenia go na skórę jednak zyskuje trochę bardziej maślaną konsystencję i gładko sunie po powiekach. 


Pigmentacja i blendowanie
Jeżeli chodzi o rozcieranie i samo nakładanie cienia to jest to czysta przyjemność. Zupełnie nie ma tutaj problemu z aplikacją. Formuła rozkłada się jednakowo i nie tworzy plam, prześwitów i smug, choć na to ostatnie wpływ ma też pewnie narzędzie, jakiego używamy, w moim przypadku jest to palec. Użycie tego członka pozwala również na wydobycie największej pigmentacji. I przyznam, że ciężko mi ją ocenić, bo niby jest pełna, ale cień sam w sobie jest półprzezroczysty... Nie wiem jak to poprawnie opisać. Mam wrażenie, że baza kolorystyczna (wrzosowa lilia) jest jedynie tłem dla błękitnego poblasku, ale wciąż nie przykrywa nam w pełni powieki. Wydaje mi się, że jest to bardziej topper, cień zwieńczający, który jedynie dodaje wyjątkowego akcentu, niż coś, co zrobi nam efekt wow solo. Przyznam szczerze, że ja zdecydowałam się na ten cień, żeby stosować go w pojedynkę i uzyskać nim liliowy kolor na powiece z błękitnym duochromem. Dlatego nałożyłam go kilkoma warstwami, najpierw kilkakrotnie palcem, a później dodatkowo pędzlem. Przy tym ostatnim efekt stał się jeszcze bardziej pudrowy i zatracił poblask, wyglądał jak zwykły liliowy, matowy cień. Dlatego raczej polecałabym aplikować go dłońmi, delikatnie wcierając w skórę.
No i muszę też napisać, że troszkę rozczarował mnie fakt, że w żaden sposób nie potrafiłam wydobyć z cienia wykończenia, intensywności i blasku, jaki prezentują zdjęcia na stronie producenta.
Jeśli chodzi o rozcieranie to nie miałam z tym większych problemów. Trzeba jednak pamiętać, aby robić to od razu przy nakładaniu, bo jeśli najpierw zintensyfikujemy pigment kilkoma warstwami, a dopiero później będziemy się starali to wyblendować to możemy napotkać pewien opór. 


Trwałość
Cień testowałam na bazie EyeShadow Keeper z Inglot i Maybelline Color TattooNie jestem w stanie wypróbować tego typu kosmetyków na gołej powiece, bo moja jest opadające i mocno przetłuszczająca się, więc kolory znikłyby z niej po niecałej godzinie. Poza tym wykorzystywałam go przy makijażu na wyjścia, więc nie mogłam sobie pozwolić na fioletowe skrętki w załamaniach. Na tak przygotowanej powiece trzymał się bardzo dobrze i wyglądał nienagannie do samego zmycia. Delikatnie zebrał się w zmarszczkach w wewnętrznych kącikach, ale u mnie nawet Modern Renaissance od Anastasii zachowuje się podobnie.

Cena i dostępność
Kosmetyki marki Neve Cosmetics dostaniecie w wielu drogeriach internetowych, w tym na eZebra. Na tej ostatniej za pojedynczy wkład zapłacicie 29 zł. Czy są dostępne stacjonarnie w Polsce nie wiem, nie wydaje mi się, ale mogę się mylić. Jeśli ktoś z Was ma jakieś informacje na ten temat to będę wdzięczna za cynk.


Podsumowując...
To prawda, że oczekiwałam innego efektu. To prawda, że chciałam większego pigmentu, większego blasku. I prawda, że zdjęcia na stronie producenta trochę mnie zmyliły i nie udało mi się podobnej intensywności uzyskać. Jednak nie mogę powiedzieć, że jest to zły cień. Jest delikatny, subtelny, ale bardzo ładny. Poza tym praca z nim to istna przyjemność, a jego trwałość zupełnie mnie zadowala. Z pewnością się go nie pozbędę i będę z chęcią używała. 
Moja ocena: 4/5

Znacie markę Neve Cosmetics? Co o niej sądzicie? Używaliście ich cieni? Jak się Wam sprawdziły? Podoba Wam się Wow? A może jednak uważacie, że nie jest dla Was? Jakie inne produkty tej firmy polecacie? Korzystacie z drogerii internetowej eZebra? Jak ją oceniacie?

~ wredna
Czytaj więcej

"IF YOU LIKE PIÑA COLADAS..." KOKOS PEŁNĄ GĘBĄ
Perfumy celebryckie, Beyonce Heat Wild Orchid

47 komentarzy:
Dzisiaj będzie o połączeniu dwóch moich obsesji. Z jednej strony będziemy mieli perfumy, z drugiej kokosy. Czyż to nie brzmi jak niebo? Oba wyżej wymienione uwielbiam i od długiego czasu szukałam idealnego zapachu, który bazowałby na tymże orzechu. Ostatnio, dzięki drogerii internetowej eZebra w moje ręce trafiła woda celebrycka, a mianowicie Beyonce Heat Wild Orchid. Wokół perfum sygnowanych przez gwiazdy zawsze toczy się wiele dyskusji. Mają zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ja osobiście je szanuję i mam w swojej kolekcji kilka, które bardzo lubię. A jak sprawdził mi się ten zapach?


O sklepie słów kilka
Wielkie marki w najniższych cenach w kraju. Bogata oferta kosmetyków do makijażu i pielęgnacji takich marek jak: Loreal, Maybelline, Sally Hansen, Astor, Nailtek, Max Factor, Bourjois.
Sklep internetowy eZebra.pl poznałam kilka lat temu. Urzekł mnie bogatym asortymentem i kosmetykami w przystępnych cenach. Pamiętam, że byłam wniebowzięta, kiedy dowiedziałam się, że siedziba drogerii znajduje się w Lublinie i to jakieś 15 minut spacerkiem od miejsca, w którym wtedy mieszkałam. Jak możecie się domyślić, byłam wtedy częstym gościem na Wojciechowskiej (wtedy tam właśnie znajdował się punkt odbioru osobistego).

Beyonce Heat Wild Orchid to woda perfumowana dla kobiet, które kochają kwiatowe nuty. Świadczą o tym również starannie dobrane tropikalne składniki budzące skojarzenia z dalekimi krajami. Pozwól, by otuliła Cię orchidea, jeżyna lub kokos. Obudź w sobie prawdziwą zmysłowość.
Pojemność: 50 ml
Termin ważności: 36 miesięcy od otwarcia
Kategoria zapachowa: kwiatowo-owocowa


Opakowanie i nuty zapachowe
Perfumy przychodzą do nas w ładnym, kartonowym pudełeczku opatrzonym grafiką z dominującą kolorystyką fuksji. Do mnie to przemawia, ale z pewnością nie spodoba się każdemu. Jeśli chodzi o wartości wizualne to sama buteleczka prezentuje się bardzo ładnie. To porządne szkło w kształcie przypominającym wieżyczkę. Bardzo podoba mi się zastosowanie ombre (od różu do bieli) oraz złota "obrączka" z napisem Beyonce Heat i akcent na wierzchu korka - wytłoczona litera "B". Zatyczka dobrze się trzyma i nie ma większych problemów z jej ściągnięciem. Podobnie rzecz ma się samego atomizera - działa bez zarzutów. Jedyne co działa na niekorzyść funkcjonalnego aspektu jest fakt, że ten fikuśny flakonik jest bardzo nieporęczny. Może mniejsza i/lub większa pojemność jest bardziej praktyczna, ale flaszeczkę pięćdziesiątki nijak nie idzie dobrze chwycić przy aplikacji. Najczęściej muszę sobie pomagać drugą dłonią. 
Nuty głowy: malinojeżyna, nektar kokosowy, granat
Nuty serca: orchidea butterfly, magnolia, wiciokrzew
Nuty bazy: białe drzewa, piżmo, bursztyn


Ale jak to pachnie?
Otwarcie to ni mniej, ni więcej a czytsa piña colada. Dosłownie. Lepiej odwzorowanego zapachu nigdy nie czułam To wybuch koktajlu kokosowego. Zamiast ananasa mamy tutaj wiciokrzew w towarzystwie malinojeżyny i granatu. Jednak owoce to są dopiero podlotki, w pełni nie rozwinięte, za to kwiecie, które prowadzi je za rączki wybrzmiewa niemal tak intensywnie jak nadrzędny kokos. Jeśli wiecie jak pachnie ww. drink to już wiecie jak wybrzmiewa otwarcie tego zapachu.

Kiedy zapach posiedzi już trochę na skórze i wybrzmią początkowe nuty to całość zaczyna się rozwijać. Podrosłe już owoce, prowadzone przez wiciokrzew idą już ramię w ramię z kokosem i wręcz mam wrażenie, że delikatnie przodują. Taka kompozycja jest znacznie bardziej kobieca, pudrowa i cielesna, i przemawia do mnie znacznie bardziej niż otwarcie. Tego spodziewałam się od samego początku. Mimo, że perfumy mam na sobie dopiero od godziny to już czuję nuty bazy - piżmo, które nadaje głębokiego, czystego aromatu, białe drzewa, które są odpowiedzialne za ww. pudrowość i bursztyn, dzięki któremu całość pozostaje jednak w ciepłym spektrum. Wiele osób twierdzi, że jest to typowy zapach na plażę i upalne dni. Ja osobiście nie wyobrażam sobie noszenia go w wysokich temperaturach. Ta miodowo-kokosowa słodycz by mnie zabiła, ale zimą takie właśnie uwielbiam.

Końcówka jest najsubtelniejsza. Teraz tylko kokos i wiciokrzew zostały, by trwać na naszej skórze i otulać ją ciepłem. Nuty bazy pobrzmiewają w tle, ale tworzą one jedynie akompaniament dla naszej słodkiej pary. Owoce wciąż starają się przełamywać cukrowe nuty, ale jest to jedynie akcent, który ratuje nas przed uczuciem oblepienia. Zakończenie jest najdelikatniejsze i najmniej złożone, ale nie można odmówić mu uroku.


Projekcja i trwałość
Wielu przeciwników zapachów celebryckich za jeden z głównych swoich argumentów przeciw nim wysuwa kiepskie parametry. I chociaż nie zgodzę się z nimi, bo uważam, że nie można wszystkich wypustów pod sygnaturą gwiazd wrzucać do jednego worka, tak w tym przypadku ich teoria się, niestety, potwierdza. Może nie są to najsłabsze perfumy, bo ich projekcja jest umiarkowana, są wyczuwalne na odległość około metra, ale znam inne zapachy z tej kategorii, które sprawdzają się na tym polu znacznie lepiej. No i muszę z przykrością przyznać, że nie nadrabiają również trwałością, bo po około 5 godzinach wypadałoby je dopsikać, przynajmniej na czuję taką potrzebę. Także tragedii nie ma, szczególnie, jeśli pod uwagę weźmiemy półkę cenową, ale zawsze mogłoby być lepiej.

Czy polubiłam się z tym zapachem?
Moje pierwsze wrażenie wcale nie było dobre, stwierdziłam, że zapach jest ładny, ale oczekiwałam i wyobrażałam sobie coś znacznie innego. Moje podejście do nich znacznie się zmieniło, kiedy pierwszy raz w życiu dostałam komplement od obcej osoby ;) To było takie miłe, że wręcz zaczęłam je widzieć jako perełkę wśród mojej kolekcji. Co prawda, wciąż uważam, że nie jest to coś co powala na kolana, ale mogę śmiało stwierdzić, że jest to zapach bardzo przyjemny i z przyjemnością go noszę. 



Cena i dostępność
Stacjonarnie perfumy Beyonce znajdziecie w wielu drogeriach, ale osobiście polecam je nabywać online, bo tam ceny są znacznie niższe. Ze znalezieniem ich w internecie nie będziecie mieć żadnych problemów. Na stronie eZebra buteleczkę 50 ml dostaniecie za 41,99 zł. Także, jeśli jeszcze nie macie pomysłu na prezent dla jakieś bliskiej Wam kobiety to śmiało zamawiajcie ;)

Podsumowując...
Może po ich użyciu nie będzie Was czuło pół miasta, może nie zostanie z Wami do późnej nocy, i może nie powali na kolana swoją złożonością czy unikalnością (choć nigdy nie wąchałam podobnego DNA), ale tego, że jest to zapach ładny, ciekawy i kobiecy nie można mu odmówić. Poza tym, podoba się mężczyznom i z pewnością nie pachnie tanio. Jeśli lubicie piña coladę i kokosa w wydaniu bardziej koktajlowym to z pewnością się z tym zapachem polubicie, a jego niewygórowana cena zrekompensuje nienajlepsze parametry.
Moja ocena: 4/5

Używacie perfum celebryckich? Co o nich sądzicie? Znacie serię Heat od Beyonce? Jak się Wam podoba i która wersja najbardziej przypadła Wam do gustu? A może próbowaliście Wild Orchid? Polubiliście? Czy wręcz przeciwnie? Znacie drogerię eZebra?

~ wredna
Czytaj więcej

RATUNEK DLA SUCHEJ I PODRAŻNIONEJ SKÓRY?
Czy znalazłam krem idealny? Evree

44 komentarze:
Za każdym razem, kiedy na moim blogu pojawiał się jakiś krem do rąk, pisałam, że wciąż szukam swojego ideału. Wiele osób polecało mi wypróbowanie czegoś z Evree i choć na początku nie wiedziałam, na jaką wersję się zdecydować to wszystko stało się jasne, kiedy jedna z moich koleżanek zaczęła zachwalać MaxRepair. Decyzja była prosta - zaczynam od właśnie tej, jeśli się nie sprawdzi to szukam dalej wśród asortymentu marki. Jednak jeśli czytacie Wredną z Wyboru to wiecie, że długo odkładałam zakup tego kosmetyku. Jakoś zawsze było mi nie po drodze. Wszystko zmieniło się, kiedy zdarzyła się okazja, by wypróbować coś z oferty sklepu eZebra.


O marce słów kilka
Perfekcyjny wygląd zawsze dodaje pewności siebie i sprawia, że kobieta czuje się piękniejsza. By niezależnie od sytuacji doskonale się prezentować, warto sięgać po sprawdzone kosmetyki. Evree to jedna z marek, po którą najchętniej sięga wiele polskich klientek, chcących jak najlepiej dbać o swą urodę. Obecnie, chętnie wybiera się produkty, które wykazują się aktywnym działaniem. Nowoczesne kobiety zaufały więc marce Evree, oferującej im innowacyjne kosmetyki, przeznaczone do pielęgnacji skóry. W bogatej ofercie żeli, kremów, balsamów, toników i wielu innych artykułów, każda z Pań z pewnością znajdzie coś w sam raz dla siebie. Jeśli szukasz najlepszej pielęgnacji dla swojej skóry, zerknij na produkty, oferowane przez markę Evree. Kosmetyki, stworzone z myślą o każdej kobiecie, to doskonały sposób na codzienną pielęgnację. Najlepsze produkty znajdziesz na stronie naszej drogerii. Zadbaj o swoją skórę i czuj się pięknie każdego dnia. Nowoczesne kosmetyki, dogłębnie zadbają o potrzeby nawet najbardziej wymagającej skóry. Zaufaj sprawdzonej marce, a szybko zauważysz efekty działania naturalnych produktów.
źródło: ezebra.pl

O sklepie słów kilka
Wielkie marki w najniższych cenach w kraju. Bogata oferta kosmetyków do makijażu i pielęgnacji takich marek jak: Loreal, Maybelline, Sally Hansen, Astor, Nailtek, Max Factor, Bourjois.
Sklep internetowy eZebra.pl poznałam kilka lat temu. Urzekł mnie bogatym asortymentem i kosmetykami w przystępnych cenach. Pamiętam, że byłam wniebowzięta, kiedy dowiedziałam się, że siedziba drogerii znajduje się w Lublinie i to jakieś 15 minut spacerkiem od miejsca, w którym wtedy mieszkałam. Jak możecie się domyślić, byłam wtedy częstym gościem na Wojciechowskiej (wtedy tam właśnie znajdował się punkt odbioru osobistego).


Evree, Max Repair Handcare, krem do rąk
Krem do rąk Max Repair stworzony na bazie naturalnych składników aktywnych specjalnie dobranych do potrzeb wymagającej skóry dłoni. Bogata, przyjemna, ale nietłusta formuła o lekkim pudrowym zapachu długotrwale zregeneruje Twoje dłonie, dogłębnie je nawilży i pozostawi je aksamitnie gładkie w dotyku.Szybko się wchłania. Sprawdza się w każdej sytuacji.
Pojemność: 100 ml
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

Opakowanie i skład
Krem przychodzi do nas w standardowej dla tego typu kosmetyków tubie z zamknięciem na zatrzask. Nic nowatorskiego, ale moim zdaniem takie właśnie opakowania są najbardziej praktyczne, przynajmniej w przypadku kremów do rąk. Najważniejsze, że spełnia swoją rolę. Jeśli chodzi o szatę graficzną to jest raczej prosta, acz przyjemna dla oka. Utrzymana w czerwono-białej kolorystyce, z drobnymi czarnymi akcentami. To, co bardzo mi się podoba to fakt, że tuba nie jest wykonana z błyszczącego, a matowego tworzywa. Jedynie nadruki odbijają światło. Z tyłu znajdziemy opis produktu i wszystkie niezbędne informacje. Także jeśli chodzi o opakowanie to nie ma się tu nad czym rozwodzić.

SKŁAD: Aqua, Caprylic/Capric Tri-Glyceride, Urea, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth20, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Glyceryl Stearate, Aluminum Starch Octenylsucci-Nate, Cera Alba, Butyrospermum Parkii Butter, Persea Gratissima Oil, Glycine Soja Oil Unsaponifiables, Glycine Soja Sterol, Hexyl Laurate, Sodium Acrylate / Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Argania Spinosa Kernel Extract, Panthenol, Allatoin, Dimethicone, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid(Vitamin C), Citric Acid, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Parfum (Fragrance).

Konsystencja i zapach
Kosmetyk ma ładny, delikatny cytrusowo-kwiatowy zapach. Wydaje mi się, że miałam kiedyś mydło, który pachniało niemalże identycznie ;) Bardzo mi się podoba. O ile nie przepadam za takimi akordami w perfumach, tak w kosmetykach do pielęgnacji rąk i twarzy nie mam nic przeciwko. Co prawda, lubię również te mocno perfumowane odpowiedniki, ale trzeba mieć w kosmetyczce też coś, co nie będzie się aż tak rzucało w... nos :D Szczególnie, że lubię wody toaletowe i nie chcę, żeby coś mi ich odbiór zakłócało ;)
Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona gęsta i dosyć zbita, z pewnością nie spływa z dłoni. Ja akurat takie lubię, szczególnie, że przy rozsmarowywaniu nie ma żadnych problemów. Formuła ładnie sunie po skórze i szybko się wtapia. Kiedy zobaczyłam tę formułę to pomyślałam, że nie ma szans, żeby ona się szybko wchłonęła i nie zostawiła żadnej lepiej warstwy. Ach, jakież było moje zdziwienie, kiedy dokładnie tak się stało. Po jakichś pięciu minutach od aplikacji na dłoniach nie było śladu jakiegokolwiek filmu. Zaskoczyło mnie to, ale jak najbardziej pozytywnie. Dodatkowo, dzięki swojej treściwej konsystencji, wystarczy odrobina, aby dokładnie zadbać o obie ręce. Także podejrzewam, że krem będzie bardzo wydajny.


Właściwości nawilżające i regenerujące
Zacznijmy może od tych drugich, bo tutaj dużo pisała nie będę. Ogólnie bardzo staram się dbać o dłonie, więc nie są one zniszczone czy skrajnie przesuszone. Także (nie)stety działania regenerującego ocenić nie mogę, bo takiego efektu nie potrzebuję.
Ale za to, o tej drugiej właściwości mam co-nieco do powiedzenia. Przyznam szczerze, że z jednej strony oczekiwałam od tego kosmetyku sporo, no bo skoro wszyscy go zachwalają, to musi dawać rewelacyjne efekty, ale z drugiej, gdzieś tam z tyłu myślałam, żeby nie wymagać od niego zbyt wiele, no bo w końcu jest to tylko krem i to do dostania w przystępnej cenie. Dlatego jakież było moje zdziwienie gdy już przy pierwszym użyciu zauważyłam ogromną ulgę. Jak już pisałam, moje dłonie nie są w opłakanym stanie, ale mimo tego od razu odczułam dogłębne nawilżenie. Mogłam zapomnieć o suchej, szorstkiej skórze. Po wmasowaniu kosmetyku dłonie były gładkie, ale nie śliskie. Często spotykam się z uczuciem pozornego nawilżenia, kiedy to gliceryna oblepia nam ręce. Tutaj jest zupełnie odwrotnie, produkt daje jakby satynowe wykończenie (nie pomyślcie, że ma jakieś drobinki, mówię tutaj bardziej o odczuciach w dotyku) i zwalcza uczucie ściągnięcia. Pierwsze wrażenie było... wow, inaczej tego opisać nie mogę.
Na noc zazwyczaj aplikuję krem na bazę z olejku ze słodkich migdałów. Jednak i z tym często zdarza się, że rano budzę się i czuję, że na dłoniach nie ma już żadnego śladu po żadnym z powyższych. Evree próbowałam na suchą skórę. Myślałam, że najpierw przetestuję go tak, a później dam mu szansę z olejkiem. Ale nie było takiej potrzeby. Wstaję i czuję, że moje dłonie wciąż są aksamitne. Co prawda, zazwyczaj ponawiam aplikację kremu po nocy, ale cieszy mnie, że nie budzę się ze skórą suchą jak wiór.


Cena i dostępność
Markę Evree stacjonarnie znajdziecie w wielu drogeriach, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. Ceny różnią się w zależności od sklepu, ale na eZebra krem do rąk MaxRepair kupicie za 7,99 zł. 

Podsumowując...
Ten krem to idealne ukojenie dla suchych dłoni. Już pierwsza aplikacja przynosi niesamowitą ulgę i pozbawia efektu ściągnięcia. Te wszystkie zachwyty nad tym produktem są jak najbardziej słuszne. A jak do tego dodamy jeszcze niewysoką cenę i świetną dostępność to nic tylko brać! Jeśli jeszcze nie próbowaliście lub, tak jak ja, wciąż wstrzymujecie się z jego zakupem to koniecznie musicie to zmienić ;)
Moja ocena: 5/5

Znacie markę Evree? Jakie ich kosmetyki polecacie, a jakie zupełnie się Wam nie sprawdziły? Używaliście kremu MaxRepair? Co o nim sądzicie? Polubiliście się czy wręcz przeciwnie? Korzystacie z drogerii internetowej eZebra? Jak ją oceniacie?

~ wredna
Czytaj więcej

CO NOWEGO W KOSMETYCZCE PISZCZY?
Same kosmetyczne smaczki w paczce od eZebra

48 komentarzy:
Myślę, że większość kosmetykomaniaków zrozumie mój stan - mam tyle produktów, że ciężko mi je upychać, a wykończenie ich zajmie mi wieki, ale wciąż mam ochotę testować nowe smaczki. Najbardziej ujawnia się moja obsesja w przypadku perfum (co już wiecie) i palet cieni. No i tak się składa, że obie te kategorie zostały uzupełnione nowościami. A wszystko było możliwe dzięki paczuszce od eZebra.pl Jednak w dzisiejszym haulu znajdzie się również coś, co chciałam przetestować od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie zebrałam się w sobie, żeby ten kosmetyk zakupić.


O sklepie słów kilka
Wielkie marki w najniższych cenach w kraju. Bogata oferta kosmetyków do makijażu i pielęgnacji takich marek jak: Loreal, Maybelline, Sally Hansen, Astor, Nailtek, Max Factor, Bourjois.
Sklep internetowy eZebra.pl poznałam kilka lat temu. Urzekł mnie bogatym asortymentem i kosmetykami w przystępnych cenach. Pamiętam, że byłam wniebowzięta, kiedy dowiedziałam się, że siedziba drogerii znajduje się w Lublinie i to jakieś 15 minut spacerkiem od miejsca, w którym wtedy mieszkałam. Jak możecie się domyślić, byłam wtedy częstym gościem na Wojciechowskiej (wtedy tam właśnie znajdował się punkt odbioru osobistego).

Palety z serii I Love Chocolate to niezwykłej jakości mocno napigmentowane i niesamowicie trwałe cienie zamknięte w oryginalnym opakowaniu nawiązującym do tabliczki czekolady.
W palecie znajdują się cienie o zróżnicowanym wykończeniu - matowe, satynowe i z drobinkami. Dzięki ich gładkiej i aksamitnej konsystencji, ich aplikacja to sama przyjemność. Różnorodność kolorów i odcieni sprawia, że paleta może być wykorzystywana zarówno do makijażu dziennego, jak i wieczorowego.
Gramatura: 18x1,22 g (21,96 g)
Cena: 39,90 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Paletka, na którą miałam ochotę od pierwszego dnia, kiedy zobaczyłam ją w internecie. Lubię neutralne odcienie w makijażu, a szczególnie te idące w ciepłą, pomarańczową stronę, lub te z różowo-fioletową tonacją. W tej ujęły mnie właśnie te drugie. Użyłam jej na razie tylko kilka razy, ale już mogę powiedzieć, że zakochałam się w głębokim fiolecie, czyli Au Naturel. Poza tym cała kompozycja bardzo mi się podoba i już widzę, że można z niej stworzyć niezliczoną liczbę makijaży. Jedyne co mi przeszkadza to zapach. Niby jest trochę słodki, pralinowy, ale ma w sobie jakieś sztuczne, plastikowe nuty. Na szczęście, nie przeszkadza to w użytkowaniu.
No i oczywiście warto wspomnieć o samej oprawie - paleta cudnie prezentuje się na toaletce.
SKŁAD: Mica, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Talc, Magnesium Stearate, Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Palmitate, Polybutene, Silica, Polyethylene, Calcium Sodium Borosilicate, Dimethicone, Tin Oxide, Methylparaben, Propylparaben, [+,-: CI77891, CI77491, CI77492, CI77007, CI15850, CI16035].

Zestaw 15 profesjonalnych, mocno napigmentowanych cieni do powiek. Paleta zawiera idealnie dobrane do siebie odcienie, które pozwalają na stworzenie różnorodnych stylizacji. Delikatna konsystencja łatwo się rozprowadza i doskonale przylega do skóry. Przeznaczone są zarówno do użytku codziennego, jak również do tworzenia makijażu na specjalne okazje. Wysoka jakość sprawia, że kolory utrzymują się cały dzień.
Gramatura: 15x1,1 g (16,5 g)
Cena: 18,90 zł
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Paletek z tej serii nie miałam jeszcze okazji próbować, dlatego właśnie się na nią zdecydowałam. Myślałam też nad Iconic Division (imitującą ABH Subculture), ale obawiałam się, że tamte odcienie będą na mojej ciepłej karnacji wyglądały zbyt szaro. Tak więc postawiłam na pewniaka, po którego bez wątpliwości będę sięgała. Velvet Rose to inspiracja słynną paletą ABH Soft Glam, w której się zakochałam, ale nigdy nie zdecydowałam się na kupno, bo jednak sporo cieni powtarza się z, już przeze mnie posiadanej Modern Renaissance. Jednak za każdym razem gdy widziałam ją w akcji żałowałam, że nie mam tych odcieni. Na szczęście, z pomocą przychodzi Makeup Revolution i Re-Loaded Velvet Rose ;) Na razie użyłam jej tylko raz, na siostrze, także nie mogę wiele o niej napisać. Ciekawa jestem czy rzeczywiście odbiega jakością od czekoladek. Zobaczymy ;)
SKŁAD: przeczytacie tutaj, był zbyt długi, żeby tutaj go wklejać.

Cień mineralny prasowany, wkład do palety magnetycznej.
Pigment w najczystszej postaci i formuła łącząca wzbogacone zostały witaminami dzięki czemu gwarantują maksymalną łatwość aplikacji, wytrzymałość i komfort. 
Gramatura: 3 g
Cena: 29 zł
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia
Neve Cosmetics to marka zupełnie dla mnie nowa. Na cień zdecydowałam się ze względu na jego piękne wykończenie i kolor. Bardzo lubię fioletowe, opalizujące akcenty na powiece. Jeszcze go nie testowałam, ale zapowiada się ciekawie. Jednak pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że jest ogromny! Dwa razy większy od standardowego wkładu do palety marki Kobo.
I od razu zaznaczę, że zdjęcia zupełnie nie oddają jego piękna. Przepraszam, robiłam wszystko co w mojej mocy, ale nic z tego nie wyszło. W rzeczywistości jest to liliowo-niebieski cień opalizujący na srebro, róż i błękit. No, cud, miód i orzeszki ;)
SKŁAD: Talc, Mica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Magnesium Stearate, Cetearyl Ethylhexanoate, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate. May Contain (+/-): Ci 77891 (Titanium Dioxide), Ci 15850 (Red 7 Lake), Ci 77007 (Ultramarines).


Beyonce Heat Wild Orchid to woda perfumowana dla kobiet, które kochają kwiatowe nuty. Świadczą o tym również starannie dobrane tropikalne składniki budzące skojarzenia z dalekimi krajami. Pozwól, by otuliła Cię orchidea, jeżyna lub kokos. Obudź w sobie prawdziwą zmysłowość.
Pojemność: 50 ml
Cena: 41,99 zł
Termin ważności: 36 miesięcy od otwarcia
Mój nowy, perfumowy nabytek. Uparcie szukam idealnego, kokosowego zapachu. Ten to wciąż nie do końca to, ale już blisko :D Pierwszy test odbył się w poniedziałek. Początek jest mocny, owszem kokosowy, ale bardziej w stylu koktajlu. Pachnie jak piña colada, dosłownie. Wolałabym, żeby jednak były trochę bardziej pudrowe (bo tak określają je osoby, których recenzje czytałam). Po chwili bardzo przypominają mi woń olejku do ciała Inecto, który kiedyś recenzowałam (tutaj). Na początku myślałam, że najprawdopodobniej je komuś podaruję, ale wtedy stało się coś niesamowitego. Pierwszy raz zdarzyło mi się, aby ktoś obcy skomplementował moje perfumy <3 Tak miło mi się z tego powodu zrobiło, że z pewnością dam im drugą, trzecią i kolejną szansę ;)
Nuty głowy: owoc granatu, kokos, jeżyny
Nuty serca: magnolia, orchidea, wiciokrzew
Nuty podstawy: piżmo, bursztyn

Krem do rąk Max Repair stworzony na bazie naturalnych składników aktywnych specjalnie dobranych do potrzeb wymagającej skóry dłoni. Bogata, przyjemna, ale nietłusta formuła o lekkim pudrowym zapachu długotrwale zregeneruje Twoje dłonie, dogłębnie je nawilży i pozostawi je aksamitnie gładkie w dotyku.
Szybko się wchłania. Sprawdza się w każdej sytuacji.
Pojemność: 100 ml
Cena: 7,99 zł
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia
To jest właśnie ten kosmetyk, o którym pisałam na początku (ten, który chciałam przetestować, ale nigdy nie było mi po drodze go kupić). Od długiego czasu szukam idealnego kremu do rąk. Wciąż bez powodzenia. A z racji tego, że pielęgnacja dłoni jest niezmiernie ważna, szczególnie zimą to zdecydowałam się w końcu przetestować produkt od Evree, o którym czytałam same dobre opinie, i który wielokrotnie polecała mi koleżanka. Mam nadzieję, że będzie to kres moich poszukiwań. Zobaczymy, na razie czeka na swoją kolej, bo najpierw muszę zdenkować już otwarty.
SKŁAD: Aqua, Caprylic/Capric Tri-Glyceride, Urea, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth20, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Glyceryl Stearate, Aluminum Starch Octenylsucci-Nate, Cera Alba, Butyrospermum Parkii Butter, Persea Gratissima Oil, Glycine Soja Oil Unsaponifiables, Glycine Soja Sterol, Hexyl Laurate, Sodium Acrylate / Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Argania Spinosa Kernel Extract, Panthenol, Allatoin, Dimethicone, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid(Vitamin C), Citric Acid, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Parfum (Fragrance).

Znacie drogerię internetową eZebra? Co o niej myślicie? Jak podobają Wam się produkty, które wybrałam? Jaką recenzję chcecie zobaczyć w pierwszej kolejności? A może sami je posiadacie? Jak się Wam sprawdzają? Planujecie jakieś kosmetyczne zakupy w najbliższym czasie?

~ wredna
Czytaj więcej